Plan podróży

27017364_1690367844340530_588726652_o

Założeniem naszej podróży poślubnej miała być spontaniczność. Podczas 2-3 tygodniowych urlopów nie mogliśmy sobie pozwolić na odstępstwa od planu, bo goniły nas loty, zarezerwowane przejazdy autobusowe, hostele, czy napięty grafik punktów turystycznych. Tym razem chcemy dać się ponieść podróży i mieć możliwość pozostania w jakimś miejscu dłużej. Ze względu na ryzyko zbyt wysokich cen lotów, raczej nie będziemy wykupywać tych międzynarodowych z dnia na dzień, co ogranicza wspomnianą spontaniczność, aczkolwiek to, co będzie się działo podczas wizyty w danym kraju to raczej czysta improwizacja.

Nasza podróż rozpoczęła się dla nas mocnym kopniakiem w tyłek. Nie spodziewaliśmy się, że już na jej początku będziemy wystawieni na próbę. W ostatnim tygodniu przed wylotem z Polski zaplanowaliśmy trasę zwiedzania USA, które miało być naszym drugim punktem na mapie podróży poślubnej. Wykupiliśmy wszystkie loty wewnątrz kraju, ponieważ zdecydowaliśmy się oprócz wschodniego wybrzeża zwiedzić również Californię, część Utah, Arizony i Nevady, zapewniając sobie w ten sposób pigułkę USA w zaplanowany tam miesiąc pobytu. Uznaliśmy, że USA jest zbyt kosztowne, aby bez planu z dnia na dzień improwizować. W tym ostatnim tygodniu przed rozpoczęciem podróży zarejestrowaliśmy dla mnie (tj. Oli) wniosek wizowy w systemie ESTA. Jako, że oprócz polskiego obywatelstwa posiadam również niemieckie, mogę ubiegać się o wizę do USA bez konieczności standardowego procesu związanego z wizytą w ambasadzie. Dla obywateli Niemiec wystarczające jest złożenie wniosku w systemie bezwizowym do 72h przed lotem. Tak też zrobiliśmy. Zdziwieni jednak faktem, że po kilku dniach nadal nie dostałam maila z potwierdzeniem, zaczęliśmy dochodzić, czym jest to spowodowane. Logując się do konta w systemie ESTA w drodze na lotnisko we Wrocławiu, informacja, która ukazała się naszym oczom, brzmiała następująco: „Your travel is not authorized”. Bez podania wyjaśnienia i przyczyny takiej decyzji. Obdzwoniliśmy ambasady Niemiec i Stanów w Polsce, prosząc o wyjaśnienie. Nikt jednak nie był w stanie nam pomóc, tłumacząc, że ESTA jest osobnym organem poza działaniami ambasady. Do obsługi telefonicznej ESTA nie zdołaliśmy się dodzwonić. Szukając w internecie informacji, wyczytaliśmy, że wniosek wizowy został po prostu odrzucony, a wśród podanych możliwych przyczyn odrzucenia była jedna, która zwróciła naszą uwagę. Na jedno z pytań w formularzu odpowiedzieliśmy pozytywnie, a dotyczyło ono wizyty w Iraku, Syrii, Iranie, Sudanie, Libii, Somalii lub Jemenie po marcu 2011. W tym roku w marcu przez tydzień zwiedzaliśmy Iran. Przez tę pozytywną odpowiedź mój wniosek wizowy został odrzucony, a właściwym postępowaniem w tej sytuacji jest udanie się na spotkanie w ambasadzie w celu uzyskania wizy w ramach standardowego procesu. Umówiliśmy mnie zatem na spotkanie w ambasadzie USA w Reykjaviku, już na polski paszport, niestety najbliższy termin przypadał dopiero za półtorej tygodnia. Zgodnie z zarezerwowanym lotem do Chicago pół tygodnia wcześniej powinniśmy opuścić Islandię. Dzwoniliśmy więc z prośbą o przyspieszenie terminu spotkania w ambasadzie w Reykjaviku. Przecież wiza dla mnie miała być formalnością, a wizyta w Iranie nie oznacza, że jestem terrorystką. Zrozpaczona nie mogłam zrozumieć, czemu nasz czysto turystyczny pobyt na perskiej ziemi przekreśla mój uproszczony proces ubiegania się o wizę. Próbowaliśmy przyspieszyć termin, wysyłając maila do ambasady zgodnie z jej zaleceniami. Po pierwszym mailu, wysłaliśmy kolejnego, wyjaśniając naszą sytuację i błagając o przyspieszenie terminu ze względu na zarezerwowane loty. Niestety nic nie dało się zrobić. Termin, choć zbyt dla nas odległy, zostać musiał. Rozglądaliśmy się, jak wygląda sytuacja w Norwegii, Kanadzie, czy Anglii – może warto byłoby zmienić kraj i tam starać się o wizę do Stanów? W każdym ze wspomnianych miejsc wyglądało to jednak gorzej, bo albo terminy spotkań były odległe, albo oczekiwanie na odbiór wizy znacznie dłuższe. W Reykjaviku, jeśli wiza zostanie przyznana podczas spotkania z konsulem, kilka dni później jest już gotowa do odebrania. Wspólnie uznaliśmy, że musi zostać tak, jak jest. Aby nie stracić całości kwoty za lot, zmieniliśmy datę lotu do Chicago o półtorej tygodnia. Nasz pobyt na Islandii wydłużył się znacznie od planowanego wcześniej tygodnia. To akurat nie stanowiło problemu, bo Islandia przewidywała dla nas jeszcze wiele atrakcji. Bolała nas inna kwestia, mianowicie utrata pieniędzy z powodu zmiany lotów, ponieważ prócz tego głównego musieliśmy anulować lot Chicago-Salt Lake City. W tym momencie utraciliśmy ok. 1.500 zł. Starając się nie zadręczać tą sprawą, cieszyliśmy się pobytem na Islandii, aż do dnia, w którym miałam spotkanie w ambasadzie. Czekając na swoją kolej do rozmowy z panią konsul, byłam świadkiem, jak dwóm z czterech osób przede mną odmówiono przyznania wizy. Ogarnął mnie stres. Nie spodziewałam się, że mogę wyjść tego dnia z inną informacją niż ta, że za kilka dni mam się stawić po odbiór swojej wizy. Dziewczyna przede mną opowiadała, że prowadzi bloga o podróżach, przygotowuje również filmy z wyjazdów i marzy, aby zobaczyć i opisać swój pobyt w USA. Skoro jej wniosek został odrzucony, pomyślałam, że nawet nie wspomnę o swoim pomyśle blogowania, bo jak widać, wcale nie pomaga. W trakcie swojej rozmowy opowiedziałam o naszej podróży poślubnej i o tym, jakie kraje mamy w planach zwiedzić. Pani dopytała o państwa, które do tej pory odwiedziłam i skupiła się na Iranie. Dopytała również o stanowisko pracy i czas, przez jaki byłam zatrudniona. Po tym prosiła, żebym zaczekała, a kilka chwil później odprawiła mnie z kartką, na której była informacja o powodzie odrzucenia wniosku. Jako, że według ambasady USA w Reykjaviku nie posiadam silnych powiązań poza Stanami Zjednoczonymi, istnieje zbyt duże ryzyko mojej emigracji tam. Czy to się dzieje naprawdę?! Temat, który był jednym z pewników w trakcie przygotowań do wyjazdu, okazał się stanowić problem? Nie mogłam uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Kiedy minął czas rozpaczy, musieliśmy wziąć się w garść i anulować te loty, na których mamy szansę uzyskać zwrot części poniesionych kosztów. W locie do Chicago dokonaliśmy kolejnej zmiany, tym razem zmiany destynacji na Montreal. Zarezerwowane samochody można było anulować bez poniesienia kosztów. Niestety całość tej sytuacji kosztowała nas grube tysiące. Utraciliśmy ok. 6.000 zł, które ciężko oszczędzaliśmy. To właściwie miesiąc życia w Azji Południowo-Wschodniej dla naszej dwójki. Nie było mi tak żal tego, że w tej podróży nie zwiedzimy USA, jak tego, ile oszczędności straciliśmy.

Teraz, kiedy ochłonęliśmy po tej sprawie, mogę spojrzeć na nią bez emocji i podsumować. Ku przestrodze dla innych wynieśliśmy z tej niezwykle kosztownej lekcji kilka wniosków:

  • udział w programie Wiza Waiver Program dla obywateli wyszczególnionych tam państw nie jest czystą formalnością, tak jak sądziliśmy wcześniej. Jeśli na jedno z pytań w formularzu zostanie udzielona pozytywna odpowiedź, wniosek zostaje odrzucony i wówczas należy ubiegać się o wizę w sposób standardowy;
  • nie można ubiegać się o wizę do Stanów Zjednoczonych poza swoim krajem zamieszkania (informacja z konsulatu USA w Krakowie), tzn. nasze rozważania o ponowne staranie się o wizę do USA w kolejnym miejscu pobytu podczas podróży będzie zakończone niepowodzeniem. Dlaczego więc taka informacja nie jest podana oficjalnie na stronach ambasad USA w danym kraju? Stąd wynika, że moja wizyta w Reykjaviku od początku była spisana na straty. Jednak opłata wizowa w kwocie 160 USD została pobrana. Czy może właśnie dlatego nie informuje się o tym oficjalnie?

Przechodząc do prywaty, a jako, że blog ten jest poświęcony naszej podróży poślubnej, muszę powiedzieć, że jestem wdzięczna losowi za wspaniałego męża. Ja, ubolewająca nad stratą naszych oszczędności, byłam pocieszana słowami „Stało się. Trudno. Pamiętaj, że to tylko pieniądze.” To fakt, choć wiele straciliśmy, to nie koniec świata. Utrata zdrowia byłaby poważnym problemem. My utraciliśmy, co najwyżej, pewien czas naszej podróży. Ta sytuacja wymagała również dużej elastyczności. Cóż to była za spontaniczność, gdy usiedliśmy przed komputerem, planując, gdzie polecimy za kilka dni.

Moglibyśmy również wyrzucać sobie wiele spraw. Na przykład to, że nie zapoznaliśmy się wcześniej z całym procesem składania wniosku w systemie ESTA, może wyczytalibyśmy zadawane tam pytania i w porę ubiegali się o wizę w standardowym trybie w Polsce? Odsetek odrzucanych wiz jest znikomy, a w ambasadzie w Reykjaviku odniosłam zupełnie inne wrażenie. A może, gdybyśmy na pytanie o wizytę w Iranie odpowiedzieli negatywnie, wszytko byłoby OK? W niemieckim paszporcie nie miałam wbitej pieczątki. Możliwe, że dzięki temu kłamstwu oszczędzilibyśmy sobie powstałych problemów. Aczkolwiek, jeśli taka sprawa wyszłaby na jaw, wówczas utraciłabym możliwość wjazdu do USA do końca życia. Moglibyśmy gdybać i zarzucać sobie różne rzeczy, ale po co? To niczego nie zmieni, sytuacja się nie poprawi. Zamiast USA lecimy do Kanady i wierzę w to, że będziemy zachwyceni spędzonym tam czasem, a kolejne miesiące będą dla nas łaskawsze!

Poniżej szkic naszej trasy powstały wskutek planowania palcem po mapie miejsc, które chcielibyśmy zwiedzić. Miejsca te mogą ulec zmianie, jeśli np. dotarcie do danego państwa byłoby zbyt kosztowne na dany moment lub jeśli zapragnęlibyśmy odwiedzić inny, nieplanowany dotąd kierunek.

5-ego października lecimy z Toronto do Limy w Peru i od tego miejsca zaczniemy przygodę w Ameryce Południowej. Po wizycie w Peru będziemy chcieli udać się do Chile, a następnie do Argentyny. W tych krajach planujemy odbyć treking po magicznej Patagonii. Z Argentyny chcielibyśmy dostać się do Meksyku, a stamtąd najprawdopodobniej do Chin, jako że przelot na Jamajkę, naszej pierwotnej destynacji jest niemożliwy do zrealizowania bez tranzytu w Stanach Zjednoczonych. W nowym roku chcielibyśmy zwiedzić Australię i Nową Zelandię. Marzymy o tym, żeby dostać się do Polinezji Francuskiej i zwiedzić trochę Oceanii. Ostatnie miesiące podróży chcielibyśmy spędzić w Azji, zwiedzając Papuę i Nową Gwineę oraz Filipiny, a Tajlandia byłaby dobrym miejscem na jej zakończenie. Takie destynacje wymarzyliśmy sobie na naszej mapie zdrapce. Zaznaczaliśmy na kartach w skali od 1-10 państwa, które chcemy zwiedzić, przypisując wartość 1 najmniej istotnemu dla nas miejscu, a 10 temu, o którym marzymy najbardziej. Jako, że ta podróż nie jest zaplanowana od początku do końca, destynacje mogą się zmieniać, a my musimy być na to przygotowani 🙂 Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem pewna, że przez ten czas wypracujemy u siebie duże pokłady spontaniczności, elastyczności i zorganizowania. A już na pewno czas ten będzie naszą największą w życiu przygodą! ❤

PS. Kiedy już zaakceptowaliśmy powstałe problemy i oswoiliśmy się z nową sytuacją, nabraliśmy wobec niej więcej humoru. Poniżej zdjęcie na najbardziej wysuniętym miejscu Europy (poza Azorami), tj. na klifie Látrabjarg w Islandii, gdzie z żalem wyciągam się w stronę USA za straconymi marzeniami!

Ameryko, Ameryko! Nie będzie nam dane zobaczyć Cię w tej podróży!

_9141471.JPG

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Plan podróży

  1. Martyna (poznaliśmy się na Free Walking Tour w Montrealu)

    Trzymam kciuki za podróż i spełnianie marzeń! Pomysł i cele rewelacyjne. Będę śledzić z zaciekawieniem Wasz blog. Mam nadzieję, że kiedyś uda Wam się też odwiedzić wymarzone Stany. 🙂

    Polubienie

  2. Pingback: Wschodnia część Kanady, czyli 5 prowincji w 2,5 tygodnia – Podróże, te mniejsze i jedna duża

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s